To będzie panią kosztowało
Najpierw rzeczy szły nieźle. Dobrze było znaleźć się z dala od biura (opuściła pracę, ale do diabła z tym) i od mieszkania, gdzie wszystko przypominało jej znajomość z Boone’em. Jechała na oślep. Na żadnej z map, które miała w rękach, nie oznaczono miasta o nazwie Midian. W rozmowach z policjantami występowały jednak i inne miasta. Jedno z nich - Shere Neck zapamiętała, a ono było oznaczone na mapie. Skierowała się tam.
Wiedziała bardzo mało, a właściwie nic, o okolicy, przez którą jechała. Jej rodzina pochodziła z Toronto - cywilizowanego wschodu, jak zwykła mawiać aż do śmierci jej matka, obrażona na ojca za przeprowadzkę w głąb kraju. To już nie miało znaczenia. Widok pól pszenicy, rozpościerających się jak okiem sięgnąć, nie robił na Lori żadnego wrażenia, nie zwracała uwagi na krajobraz jadąc przed siebie. Ziarno posiano, żeby rosło - niech plantatorzy i żniwiarze robią, co do nich należy. Monotonia krajobrazu nużyła ją bardziej, niż mogła przypuszczać. Przerwała podróż w McLennan, o godzinę jazdy w prostej linii do Peace River, i przespała całą noc bez przerwy na łóżku metalowym, aby obudzić się wypoczęta wcześnie rano, i ruszyła dalej. Szacowała, że do południa osiągnie Shere Neck. Rzeczy jednak nie całkiem potoczyły się według planu. Gdzieś na wschód od Peace River straciła orientację i musiała przejechać czterdzieści mil w złym, jak przypuszczała, kierunku, aż znalazła jakąś stację benzynową i kogoś, kto mógł jej pomóc.
W kurzu, na schodach biura, chłopcy-bliźniacy bawili się plastikowymi żołnierzykami. Ich ojciec, po którym odziedziczyli włosy blond, wyciągnął papierosa gdzieś spomiędzy batalionów i podszedł do samochodu.
- Czym mogę służyć?
- Proszę o benzynę. I pewne informacje.
- To będzie panią kosztowało - powiedział bez uśmiechu.
- Szukam miejsca o nazwie Shere Neck. Zna je pan?
Za jego plecami nasiliły się działania wojenne. Odwrócił się do dzieci.
- Zamknijcie się! - krzyknął.
Chłopcy rzucili sobie spojrzenia spod oka i ucichli, dopóki znów nie odwrócił się do Lori.