Dla kogoś z fantazją każdy kierunek jest dobry.
Mówisz, żeby się odwalili, a oni wracają jak psy...
Na wspomnienie psów Lori stanęła przed oczami scena pod garażem i poczuła, jak znów jej zbiera się na płacz.
- Ach, zamknij się Sheryl - dziewczyna zbeształa samą siebie - wszystko psujesz.
- Nie - powiedziała Lori. - Naprawdę nie. Muszę się wygadać.
Sheryl uśmiechnęła się.
To będzie panią kosztowało
Najpierw rzeczy szły nieźle. Dobrze było znaleźć się z dala od biura (opuściła pracę, ale do diabła z tym) i od mieszkania, gdzie wszystko przypominało jej znajomość z Boone’em. Jechała na oślep. Na żadnej z map, które miała w rękach, nie oznaczono miasta o nazwie Midian. W rozmowach z policjantami występowały jednak i inne miasta. Jedno z nich - Shere Neck zapamiętała, a ono było oznaczone na mapie. Skierowała się tam.
Wiedziała bardzo mało, a właściwie nic, o okolicy, przez którą jechała. Jej rodzina pochodziła z Toronto - cywilizowanego wschodu, jak zwykła mawiać aż do śmierci jej matka, obrażona na ojca za przeprowadzkę w głąb kraju. To już nie miało znaczenia. Widok pól pszenicy, rozpościerających się jak okiem sięgnąć, nie robił na Lori żadnego wrażenia, nie zwracała uwagi na krajobraz jadąc przed siebie.
Fakt, że ktoś się na niego gapi
Świadomość, że Boone odszedł od niej była już sama w sobie przygnębiająca, ale to, co nastąpiło później, było jeszcze gorsze. Oczywiście, po pierwsze, ta rozmowa telefoniczna. Spotkała doktora Deckera tylko raz i nie poznała jego głosu, dopóki się nie przedstawił.
- Obawiam się, że mam złe wiadomości.
- Znalazł pan Boone’a?
- Tak.
- Jest ranny?
Nastąpiła pauza. Wiedziała już, zanim skończyła się ta cisza, co teraz usłyszy.