Takich ludzi trzeba wykańczać jak psy
Lata pracy pod gołym niebem, w letnim słońcu, przedwcześnie go postarzyły.
- Po co pani Shere Neck? - odezwał się.
- Staram się... odnaleźć kogoś.
- Tak? - odparł, wyraźnie zaintrygowany. Wyszczerzył zęby, będące niegdyś w lepszym stanie. - Kogoś, kogo znam? Nie mamy tu zbyt wielu znajomych.
Nic nie szkodziło zapytać, jak przypuszczała. Sięgnęła do samochodu i wyjęła z torebki fotografię.
- Jak sądzę, pan nigdy nie widział tego człowieka?
wstrząsnęła nim, jak drgnienie drugiego serca
Teraz albo nigdy. Cisnął obrus, który wciąż trzymał, w Deckera, a sam rzucił się w bok. Decker wypalił, a strzał wypełnił pokój hukiem i światłem. Zanim obrus spadł na ziemię, Boone znalazł się przy drzwiach. Gdy pozostawił je za sobą o jard, rewolwer znów wypalił. Błysk i natychmiast po nim huk. A potem podmuch w plecy Boone’a, który pchnął go do przodu, przygarbił.
Jednocześnie rozległ się krzyk Deckera.
- On ma broń!