Takich ludzi trzeba wykańczać jak psy
Lata pracy pod gołym niebem, w letnim słońcu, przedwcześnie go postarzyły.
- Po co pani Shere Neck? - odezwał się.
- Staram się... odnaleźć kogoś.
- Tak? - odparł, wyraźnie zaintrygowany. Wyszczerzył zęby, będące niegdyś w lepszym stanie. - Kogoś, kogo znam? Nie mamy tu zbyt wielu znajomych.
Nic nie szkodziło zapytać, jak przypuszczała. Sięgnęła do samochodu i wyjęła z torebki fotografię.
- Jak sądzę, pan nigdy nie widział tego człowieka?
Fakt, że ktoś się na niego gapi
Świadomość, że Boone odszedł od niej była już sama w sobie przygnębiająca, ale to, co nastąpiło później, było jeszcze gorsze. Oczywiście, po pierwsze, ta rozmowa telefoniczna. Spotkała doktora Deckera tylko raz i nie poznała jego głosu, dopóki się nie przedstawił.
- Obawiam się, że mam złe wiadomości.
- Znalazł pan Boone’a?
- Tak.
- Jest ranny?
Nastąpiła pauza. Wiedziała już, zanim skończyła się ta cisza, co teraz usłyszy.